Szanujmy swój czas

Aplikacje i portale randkowe spowodowały istną rewolucję w poznawaniu nowych ludzi. Kiedyś trzeba było wychodzić na ulicę, do klubów, na imprezy i mozolnie szukać osób, z którymi nam „kliknie”. Dla wielu była to nieprzekraczalna bariera, która skutecznie blokowała rozszerzanie swojego grona znajomych, a zwłaszcza randkowaine. Początkowa inwestycja czasowa była bardzo duża, a efekty nie zawsze zgodne z oczekiwaniami. Wszystko zmieniło się, gdy randkowanie stało się możliwe wprost z telefonu. I wtedy wielu ludziom się w dupach poprzewracało.

Tinder i jemu podobne zmieniły wiele, zwłaszcza w kwestii samego randkowania. I nie chodzi tu nawet o zainicjowanie kontaktu, bo to nie było przecież aż takie skomplikowane. Tinder pozwolił ludziom przede wszystkim wybadać, czy się dogadają bez wstępnego marnowania dużej ilości czasu.

Przykład? Sam pamiętam, jak wychodziłem ze znajomymi do klubu i potrafiłem spędzić kilka godzin z nowopoznaną dziewczyną w głośnym środowisku tylko po to, żeby na drugim, cichszym spotkaniu zastanawiać się, co ja w niej widziałem. Klub naturalnie ograniczał możliwości rozmowy, promując bliskość i dotyk. W knajpie, przy piwie było trochę inaczej – tutaj prym wiodła rozmowa, a wraz z nią nasze podejście do wielu rzeczy i wartości, które wyznajemy. Absolutnie nie chcę tutaj tworzyć wrażenia, że moje podejście czy wartości były lepsze (najprawdopodobniej, z czysto moralnego punktu widzenia, były wręcz gorsze) – po prostu wydawały się na tyle inne, że nie miało to sensu. Nie miałem o to do nikogo żalu i te spotkania były nawet całkiem miłe, ale czasami miewałem poczucie zmarnowanego czasu.

To zmieniło się wraz z Tinderem. Teraz nie trzeba nigdzie wychodzić i spędzać godzin na mieście. Wystarczy odpalić aplikację i setki ludzi są jak na wyciągnięcie ręki. Dodatkowo, dzięki rozmowie można wstępnie sprawdzić, czy to faktyczny match, a nie tylko polajkowane zdjęcie profilowe. Coś, co zajmowało wcześniej kilka godzin, teraz może być wstępnie (podkreślam – wstępnie!) zredukowane do kilkunastu minut. Ale nie o tym chciałem napisać w tym wpisie.

Problem pojawia się później – bo pisanie to tylko literki na ekranie i na żywo może być zupełnie inaczej (oj, naprawdę, różnica może być gigantyczna). Spotkanie weryfikuje wszystko i nawet, jeśli po wstępnej wymianie wiadomości mogą pojawić się jakieś oczekiwania co do miłego spędzenia czasu, warto wywalić je przez okno. O ile pisząc jesteś w stanie wychwycić, że tu raczej porozumienia nie będzie – o tyle cała reszta dzieje się na spotkaniu.

I tutaj pojawia się clou tego wpisu. Bo, jakkolwiek niektórzy chcieliby tego nie przyznawać, spotkania nie zawsze kończą się pozytywnie. Niezależnie od obiecujących wyników pisania, nie zawsze rozmowa będzię się kleić, nie zawsze pojawi się chemia i pociąg fizyczny. Ba, czasem najpierw się pojawi, a potem zniknie. I to jest perfekcyjnie normalne. Takie jest życie, nie wszyscy muszą się ze wszystkimi lubić i chodzić do łóżka oraz budować związki. I świat byłby piękniejszy, gdybyśmy wszyscy zdlai sobie z tego sprawę.

Często już na początku spotkania mamy w głowie coś w rodzaju decyzji co do drugiej osoby. Nie mam tu na myśli, że po 15 minutach zapada zielone światło do wyuzdanego seksu – chodzi bardziej o opcje na NIE. Czasem po prostu instynktownie wiemy, że druga osoba NIE jest w naszym typie. I to też jest stuprocentowo normalne i to naturalna reakcja – walka z nią w zdecydowanej większości przypadków nie ma żadnego sensu. Podobnie sensu nie ma zaklinanie rzeczywistości.

I tu pojawia się ten problem z marnowaniem czasu. Bo tak naprawdę siedząc na spotkaniu z zapadniętą decyzją na NIE marnujemy nie tylko czyjś czas, ale i swój. A argumenty, że przynajmniej miło się rozmawia, że drink dobry, że miejsce fajne są właśnie takim zaklinaniem rzeczywistości. Jeśli wiesz już, że nie podoba ci się druga osoba i nie chcesz spotkać się ponownie – po co siedzieć teraz? Jeśli wiesz, że w przyszłości niefajnie byłoby nadepnąć gołą stopą na klocek LEGO, to czy na przekór sobie wdepniesz na niego w teraźniejszości?

Wiem, zdaję sobie sprawę – kultura, dobry smak, wychowanie. Ale, tak zupełnie szczerze – kogo to obchodzi? Naprawdę zależy ci na pozostawieniu dobrego wrażenia na osobie, której nie chcesz później zobaczyć na oczy? Bo będziesz kiedyś z tym kimś pracować? Bo na ulicy się do ciebie nie uśmiechnie? Uwierz mi, jakkolwiek jest to nieżyciowe, że jednak na dłuższą metę zyskasz o wiele więcej stawiając sprawę jasno, niż nakładając miłą maskę, żeby ktoś nie poczuł się gorzej.

Zresztą, o czym ja piszę – to widać. Mogę pisać tylko z perspektywy faceta, ale to widać, jeśli kobieta nie jest zainteresowana. Inaczej się rozmawia, inaczej reaguje na dotyk (nie na obmacywanie, żeby nie było!), jest zupełnie inna dynamika interakcji. Jasne, pewnie spora część facetów tego nie zauważy i zrobi sobie nadzieję – tylko po co robić nadzieję komuś, z kim nie chcesz jej mieć?

Jestem Scrum Masterem, pracuję z ludźmi i procesami – mogę też wypowiedzieć się zawodowo. Gdyby do zespołu dołączyła kobieta, która się w ten sposób wobec mnie zachowała, byłaby to dla mnie co najmniej żółta flaga do obserwacji. Bo oto w zespole pojawia się osoba, która trzyma swoje prawdziwe emocje pod płaszczykiem oczekiwań innych. Brałbym dość mocno w nawias jej feedback mając na uwadze, że może być nieszczery. Co innego, gdybym dowiedział się wprost po kilkunastu minutach, że z jej strony nie ma to sensu – wtedy wiedziałbym, że na ceremoniach Scrumowych raczej nie kryje się ze swoimi spostrzeżeniami.

Szanujmy swój czas. Jeśli spotykamy się na zasadach damsko-męskich (czyli nie, że idziemy na piwko ze znajomym/znajomą – to ważny disclaimer, bo takich sytuacji W OGÓLE nie dotyczy ten wpis), gdzie end-gamem jest jednak nawiązanie relacji – mówmy wprost. Ludzie z reguły mają co robić w życiu i pewnie znaleźliby 20 ciekawszych zajęć, niż miła rozmowa z osobą, która już ich odrzuciła. Tak samo ty masz, a przynajmniej powinnaś/powinieneś mieć na tyle ciekawe życie, że spędzenie nawet godziny z nieinteresującą cię osobą powinno co najmniej być scenariuszem do refleksji.

To całkowicie normalne, że nie wszyscy się ze sobą dogadują i kochają. Normalne też powinno być to, że w tych mniej fortunnych sytuacjach sobie to wprost komunikujemy. Pół godziny i kulturalna informacja, że to nie to zawsze będzie lepsze, niż trzy godziny bezsensownego kłapania dziobem i oszukiwania drugiej osoby pod płaszczykiem bycia miłym.

Zapisz się do newslettera!

Dołącz do osób, które regularnie otrzymują ostre i kontrowersyjne treści, które z racji charakteru bloga nie nadają się do publikacji.
Tomek Opublikowane przez:

Na co dzień pomagam zespołom i organizacjom w byciu bardziej zwinnymi przy wytwarzaniu oprogramowania. Spełniam się też w branży e-commerce. Zbieram zegarki, jaram się technologią i nauką (fizyka, astronomia, biologia). Potrafię uwarzyć własne piwo, zrobić sesję zdjęciową i tworzyć muzykę. Pracuję nad swoją własną sagą książek. Prowadziłem kiedyś bloga lifestylowego. Potem przestałem, żeby zacząć zarabiać porządne pieniądze. Spełniłem swój cel i wracam do pisania.