Dżentelmen w pułapce

Dżentelmen – to słowo towarzyszy nam już od setek lat. Używane wobec mężów stanu, parlamentarzystów, eleganckich facetów praktycznie na całym świecie. Słowo na tyle uniwersalne, że jego znaczenie zmienia się nie tylko wraz z upływającym czasem, ale i miejscem oraz kontekstem, w którym zostaje użyte. Od „Great, Distinguished Fellow” w brytyjskim parlamencie do „oh, jaki z Ciebie dżentelmen” przy facecie otwierającym drzwi do restauracji – nie ma chyba bardziej przyjemnego określenia czyjejś kultury i pozycji. A, zarazem, nie istnieje chyba w relacjach tak potężne słowo-pułapka, jak dżentelmen właśnie.

Od razu zaznaczę – nie uważam się za dżentelmena, przynajmniej w powszechnej interpretacji tego słowa. Zdaję sobie sprawę, że kosztuje mnie to nieco problemów w relacjach z niektórymi kobietami. Zawsze ochoczo biorę to na klatę – w końcu nie wszyscy muszą się ze sobą dogadywać. Nie to jednak jest ideą tego wpisu. Chcę w nim zaznaczyć pewną rozbieżność klasycznej definicji tego słowa z co bardziej popularną interpretacją tego zjawiska.

 

Zacznijmy jednak od podstaw

Dżentelmen (ang. gentleman, fr. gentilhommehiszp. gentilhombrewł. gentiluomo) – współcześnie mężczyzna o dobrym, uprzejmym, wspaniałomyślnym i kurtuazyjnym zachowaniu, bardzo miły.

Termin ten stosowany jest także jako synonim mężczyzny w ogóle (np. w przypadku oznaczeń urządzeń osobnych dla mężczyzn i kobiet).

Myślę, że nie trzeba tego opisu rozkładać na czynniki pierwsze. Mamy tu przede wszystkim obraz człowieka zainteresowanego dobrobytem innych, szanującego drugiego człowieka, o wysokiej kulturze osobistej. Jednocześnie pojawia się tu nutka kurtuazji i uprzejmości, która powoduje, że wszelkie uwagi i problemy zostają rozwiązane w sposób możliwie miły dla drugiej strony, stroniący od chamstwa, buty i poniżenia.

Dodatkowo słowo to historycznie praktycznie zawsze kojarzyło się z pewnymi wartościami, kodem moralnym, który przybiera mężczyzna i szanuje go niezależnie od okoliczności. Innymi słowy, prawdziwy dżentelmen winiem wykazywać się potężnym, niezłomnym kręgosłupem moralnym.

Warto natomiast nadmienić, że w wielu przypadkach realni „dżentelmeni” nie byli nimi prawie wcale i, jeśli już zostawali tak nazwani, to raczej z racji tego drugiego. Za przykład warto wziąć chociażby samego Winstona Churchilla, który, wielokrotnie tytułowany jako „Distinguished Gentleman” cechował się często zwykłym chamstwem i prostactwem. Cechy te jednak w żaden sposób nie zaprzeczają jego wielkości jako człowieka i lidera aliantów podczas II Wojny Światowej. Ba, pojawia się tu nawet podejrzenie, żę gdyby Churchill był typowm, wg powyższej definicji dżentelmenem, Anglia mogłaby skończyć w zupełnie inny sposób. Wystarczy wspomnieć tylko jego poprzednika – Neville’a Chamberlaina, który wykazywał podczas swoich rządów dużo więcej „dżentelmeńskich” cech, a z Hitlerem nie radził sobie w ogóle.

Niemniej jednak, skoro podstawy mamy za sobą i padło już odniesienie do Hitlera, warto przejść do XXI wieku i mojego problemu z powszechnie przyjętą koncepcją tego słowa.

 

Interpretacja dżentelmena w relacji

Wiele współczesnych kobiet marzy o poznaniu prawdziwego dżentelmena. O mężczyźnie, który będzie o nie dbał, wykaże się szarmanckością, wysokim szacunkiem, empatią i szeroko rozumianym uwielbieniem dla płci przeciwnej. I to wszystko jest w porządku. Co do zasady nie mam żadnego prawa odbierać komukolwiek takich wzniosłych idei. Mój problem tkwi nie tyle w samych oczekiwaniach, co ich interpretacji i naginania przez obie strony. Na początek historyjka:

Byłem ostatnio na spotkaniu z wiadomej aplikacji. Umówiłem się w centrum, bo to neutralne miejsce spotkań. Była burza, umówieni byliśmy na zwykłe zapoznawcze piwo (od razu zaznaczę, że nie padło nigdzie słowo randka). Wszystko było OK do momentu, gdy nie zapytałem, czy będzie o czasie.

W odpowiedzi dowiedziałem się, że jednak jedzie samochodem i może się spóźnić. „Spoko, nie ma problemu – to daj znać, jak będziesz blisko i wyjdę” – odpisałem, lekko zdziwiony, że chyba przyjdzie mi wypić piwo bez kompanii. Tak też się stało. Spotkanie było miłe i trwało parę godzin ale dość szybko okazało się, że na tym koniec. I nie mam absolutnie z tym żadnego problemu bo to normalne, że nie wszyscy muszą się ze sobą dogadywać. Zaskoczyło mnie natomiast to, co wydarzyło się potem.

W bardzo kulturalnej i rzeczowej rozmowie po spotkaniu dowiedziałem się następujących rzeczy:

  • Chamskie z mojej strony było umówienie się blisko mojego miejsca zamieszkania niezależnie od faktu, że centrum to chyba najbardziej neutralne miejsce spotkań w całej Warszawie.
  • Wykazałem się brakiem empatii nie myśląc o tym, że skoro jest burza, to może mieć problemy z dojazdem do centrum; powinienem zaoferować podwózkę lub zaproponować przełożenie spotkania (co ciekawe, potem wyszło, że I TAK BY NIE WSIADŁA, bo nie wsiada do obcych aut facetów).
  • Bardzo słabe było to, że pomimo tego, że ona nie piła, ja jednak piwa sobie nie odmówiłem.
  • Nieodpowiednim zachowaniem było dotknięcie jej w trakcie zwykłej konwersacji (nic planowanego – ot, po prostu neutralnie ręką, żeby zaakcentować jakiś punkt) – co ciekawe, od razu zostało to połączone z faktem, że „ona nie wskakuje do łóżka pierwszemu lepszemu”.
  • Końcowym argumentem była kwestia mojego braku zapłaty za jej zamówienie – wg argumentacji tak nie powinien zachowywać się mężczyzna z klasą.

Zaznaczam po raz kolejny, że o wszystkich tych rzeczach dowiedziałem się dopiero po spotkaniu, a w jego trakcie nie nastąpiła żadna komunikacja sugerująca, że coś jest nie tak.

I to wszystko jest OK – inne oczekiwania, inne podejście, inne wzorce. Pożyczyliśmy sobie powodzenia i już więcej do rozmowy nie wrócimy. Nie będę jednak ukrywał, że rozmowa ta dała mi trochę do myślenia, bo po pierwsze nie zdawałem sobie sprawy z większości z tych rzeczy, a po drugie zostały one wrzucone pod płaszczyk właśnie „dżentelmeńskiego” zachowania. I z tym mam problem.

 

Jak ja mogłem się tak zachować

Spójrzmy pokrótce na te punkty jeszcze raz, tym razem z moim parszywym, liberalnym i feministycznym komentarzem, który zapewne śmierdzi chamstwem i obłudą:

  • Przecież to nie moja wina, że mieszkam w centrum – ona też mogła. Czy wobec tego mam specjalnie umawiać się na Ochocie czy Białołęce, żebym jednak musiał trochę przejechać i wykazać się podobnym zaangażowaniem co do dotarcia na spotkanie? Czy zamiast zagłębia fajnych barów i naturalnego miejsca do poznawania ludzi mam wybrać Da Grasso na zadupiu, bo też będę musiał tam dojechać?
  • Oczywiście powinienem tutaj założyć, że jako kobieta ona sobie nie poradzi i ja, jako mężczyzna mam wziąć sprawe w soje ręcę i wyzwolić delikatną istotę spod burzowych trudów. Nie ważne, że dowiedziałem się o tym po fakcie – powinienem z góry założyć, że ona jest gorsza i nie da rady, a zwykła burza będzie przeszkodą nie do przejścia. Ten punkt najmocniej kojarzy mi się nie z wysoką kulturą i empatią, a ze zwykłym seksizmem.
  • Umówiłem się na piwo, a w trakcie wychodzenia dowiedziałem się, że jednak ona go nie wypije. Z tym punktem zgadzam się najbardziej – faktycznie, empatyczne byłoby wypicie wody bo w piątek wieczorem oglądanie, jak ktoś pije o suchym pysku to raczej słaba sprawa. Natomiast właśnie – był piątek wieczorem. Czy, mając wcześniej ogromną ochotę na piwo, powinienem ugiąć się przed nagłą zmianą formy spotkania drugiej strony? Nie sądzę.
  • To chyba najbardziej kontrowersyjny punkt. Mam dość południowe podejście do konwersacji i dotyku podczas niej. Zdarza mi się niejednokrotnie kogoś dotknąć podczas rozmowy. Robię to bez konkretnego celu, dzieje się to jakby z automatu. Tutaj oddaję pełen honor, że ludzie mogą mieć inne podejście do tematu i to chyba był najbardziej sugerujący punkt, że jednak nie jesteśmy dopasowani.
  • Wypiłem trzy piwa. Dlaczego mam dodatkowo płacić za burgera i kilka napojów bezalkholowych? To pierwsze spotkanie, poznajemy się, bez przesady! Nie mam problemu, żeby zapłacić za kobietę, ale na randce, kiedy faktycznie chcę poznać ją bliżej, a nie na pierwszym lepszym spotkaniu. Szczerze nie rozumiem, jak w 2020 roku mogą pojawiać się jeszcze takie oczekiwania.

To teraz, po przedstawieniu swoich argumentów, czas chyba przejść do konkretnego rozprawienia się z clue tematu.

 

Kobiety należy szanować, a nie poniżać

Wiele gron, zwłaszcza męskich, chciałoby zapewne już pakować mi lepę na ryj za powyższe odniesienie. Bo nie wykazałem się dla kobiety szacunkiem, bo zachowałem się jak cham i prostak, bo nie wypadało mi tego i tamtego, bo nie dostoswałem się do jej wymagań. I w tym jest problem.

Mam niestety wrażenie, że większość mężczyzn broniących takiej definicji „dżentelmena” popada w skrajny seksizm zakładając, że kobieta jest tą gorszą płcią, więc należy wobec niej zachowywać się pobłażliwie, jakby z takim zrozumieniem, że ona może mniej. Że należy przyjechać, bo ona sama może mieć problem z dojazdem. Że należy zapłacić, bo przecież jako facet zarabiam więcej. Bo jak ona pije kawę, to ja też powinienem, żeby nie było jej smutno. Nie chcę nawet wspominać tu o co bardziej wkurzających zachowaniach, jak np. to, że kobieta nie powinna zbyt dużo wypić.

Forma ta przybiera i drugą stronę – bycia pewnego rodzaju podnóżkiem. Otóż, przecież to jest idealna niewiasta, wspaniała kobieta, byt lepszy niż ja – dlatego muszę jej służyć, za nią płacić, spełniać jej zachcianki i ogólnie być posłuszny jej woli. Oczywiście przeginam, ale ilu takich facetów / friendzonów kręci się wokół dzisiejszych dziewczyn? Ilu z nich oddałoby swoją godność, żeby tylko ich „przyjaciółka” rozłożyła przed nimi nogi?

Mam wrażenie, że kobiety wymagające tego rodzaju zachowań od facetów nie zdają sobie sprawy, że same ściągają na siebie seksizm. Z jednej strony jest to seksizm negatywny, bo część facetów traktuje je w ten sposób z poczucia wyższości. Z drugiej – pozytywny, bo część traktuje je jako wyższe istoty, których uwagi są niegodni dopóki się nie zasłużą.

Uważam te zjawiska za bardzo niszczące, zwłaszcza jeśli są brane w jakże wygodne klamry tradycji, dżentelmeńskości, kultury czy empatii. Oczywiście nie neguję – z pewnością są faceci, którzy nie wykazują wyżej wykazanych przeze mnie postaw myślowych. Chcę tylko wskazać, że to wszystko byłoby o wiele prostsze, gdybyśmy nie wycierali sobie mordy ładnymi określeniami z przeszłości, jednocześnie naginając ich wydźwięk pod swoje poglądy.

 

Grunt to parnerstwo i komunikacja

Na koniec – jedna prosta uwaga. W opisywanej przeze mnie historii można było dogadać się bez problemu. Wystarczyło kilka prostych komunikatów:

  • Jasna informacja, że skoro dojeżdża z daleka, to wolałaby się umówić gdzieś bliżej siebie.
  • Danie znać, że w burzy będzie ciężko dojechać i czy nie byłbym w stanie przełożyć spotkania (wtedy sam zaproponowałbym, że po nią pojadę jeśli to problem).
  • Informacja PRZED wyjazdem, że jedzie samochodem i nie będzie piła w związku z tym piwa – wtedy mógłbym albo przełożyć spotkanie, albo przygotować się mentalnie, że jednak dzisiaj piję colę.
  • Jasne przedstawienie faktu, że lubi na początku / w ogóle dystans w konwersacji. Wtedy przynajmniej próbowałbym nie gestykulować (nadal uważam, że ten punkt wyklucza zgranie).
  • Ostatni punkt nie jest do obrony. Jakakolwiek komunikacja sugerująca, że na pierwszym spotkaniu ja płacę skutkowałaby odwołaniem.

Nie będę ukrywał, że obracam się w bardziej liberalnym, feministycznym gronie. Przegadałem te kwestie ze swoimi koleżankami i znajomymi. Ten wpis jest efektem rozmów i moich przemyśleń.

Chcę wszystkich serdecznie zachęcić do lepszej komunikacji swoich potrzeb PRZED spotkaniem i poznaniem drugiego człowieka. Spędziłem miłe kilka godzin (bo wpis ten jest syntezą 2 spotkań o podobnym wydźwięku), nie żałuję i naprawdę wiele się nauczyłem. Kilka lat temu z pewnością chciałbym, aby odbyły się kolejne spotkania – natomiast przez ten czas nauczyłem się i zauważyłem, że można budować relacje na prawdziwym partnerstwie, komunikacji swoich potrzeb i oczekiwań i bez ukrytych wymagań, które wychodzą dopiero po spotkaniu.

I, co najważniejsze, relacji, w której partnerzy są sobie równi i nie rozpatrują drugiej strony przez pryzmat jej płci i uprzedzeń co do jej lub swojej samooceny. Bo to oczywiste, że fajnie zasugerować, że po kogoś przyjedziesz lub za kogoś zapłacisz – jeśli faktycznie ci na tej osobie zależy i jeśli dobrze spędzasz z nią czas. Wtedy takie rzeczy wchodzą same, stają się oczywiste i bez naciągania „dżentelmeńskiego” płaszczyka.

I takich relacji i sobie, i wam życzę.

Zapisz się do newslettera!

Dołącz do osób, które regularnie otrzymują ostre i kontrowersyjne treści, które z racji charakteru bloga nie nadają się do publikacji.
Tomek Opublikowane przez:

Na co dzień pomagam zespołom i organizacjom w byciu bardziej zwinnymi przy wytwarzaniu oprogramowania. Spełniam się też w branży e-commerce. Zbieram zegarki, jaram się technologią i nauką (fizyka, astronomia, biologia). Potrafię uwarzyć własne piwo, zrobić sesję zdjęciową i tworzyć muzykę. Pracuję nad swoją własną sagą książek. Prowadziłem kiedyś bloga lifestylowego. Potem przestałem, żeby zacząć zarabiać porządne pieniądze. Spełniłem swój cel i wracam do pisania.